Dwa dni później powędrowałem do nowej celi, w której zastałem Jubego. Wita mnie ryk nastawionej na cały regulator betoniary — jakaś wrzaskliwa piosenka młodzieżowa. Powietrze jest sine od dymu — palą wszyscy. Tylko ja nie palę, a papierosowy dym źle znoszę.
Ogromne zainteresowanie wywołuje wielka tuba pasty do zębów ze zrzutów.
— Taka zagraniczna jest bardzo dobra na pastuchę — mówi któryś ze znawstwem.
Wszyscy zaczęli nalegać, bym dał im tę tubę.
— Ależ jest mi potrzebna do mycia zębów — bronię się słabo.
— Przecież masz jeszcze jedną! Ile czasu minie, zanim ci taka tuba wyjdzie! — przekonują mnie żarliwie.
Niechętnie ustępuję. Pastę wyciskają do kubana z wodą, rozbełtują i piją. Robią wrażenie bardzo zadowolonych. Pasta ma jakieś środki orzeźwiające — przyjąwszy je w takiej ilości, jest się na niezłym rauszu. Pytam, czy nie rozboli ich od tego żołądek. Niedbale machają ręką — to nic, ważne żeby w głowie zaszumiało. Tak, to jest ta niepohamowana żądza wrażeń, przemożny głód doznań. Jest betoniara — niech ryczy, niech gra, niech coś się dzieje. Jeżeli cokolwiek może odmienić ich postrzeganie świata, ubarwić, urozmaicić — staje się to przedmiotem pożądania. Stąd ćmienie papierosa za papierosem, zajeżdżanie czaju czy zaprawianie się pastuchą. Ludzie ci żyją tylko tym, co przychodzi z z e w n ą t r z. Są bardzo wyczuleni na wszystkie sygnały; świetnie orientują się w bezpośrednim otoczeniu — po jakichś szmerach potrafią rozpoznać, co się dzieje na korytarzu, który klawisz ma dyżur, dokąd idzie, co robi. Potrafią rozpoznać właściwy moment, by zawołać „kajfusa” — więźnia „funkcyjnego” — kręcącego się po korytarzu i przekazać mu gryps przez szparę.
Wkrótce po zadomowieniu się, wygospodarowałem sobie miejsce na dosyć zabałaganionym stole i rozłożyłem się tam z moją matematyką. Widok to nader egzotyczny dla moich współmieszkańców. Mrowie niepojętych znaczków budzi w nich jakiś szczególny respekt — muszę przyznać, że przez cały czas pobytu w tej celi moje matematyczne papiery i książki traktowano ze sporą dozą szacunku.
Jeszcze przed moim przyjściem do tej celi wiedziano, że grypsuję. Teraz jakość tego grypsowania zaczęła nasuwać wątpliwości. Niebawem poddano mnie próbom. Siedziałem nad swoją matematyką, gdy rozległo się za mną głośne: „Cegła!”. Zanim zorientowałem się, że to do mnie, spadła mi na głowę czyjaś dłoń. Towarzyszył temu okrzyk: „Jebła!”.
— O, to ty jesteś zielony! Ty giercowania nie przeszedłeś!
Obstąpili mnie naokoło. Któryś schwycił mnie za włosy, wołając: „Siano!”. Wszystkiego tego uczył mnie Bax. Rozpaczliwie usiłowałem przypomnieć sobie odzew, ręka coraz mocniej zaciskała się na moich włosach, ból stawał się nie do zniesienia.
— Zwiezione! — wrzasnąłem.
Puścił mnie, strzepując z dłoni kilkanaście moich włosów.
— Karczycho! — mój kark jakby się dostał w żelazne kleszcze.
— Oszamane! — odpowiadam pospiesznie.
— Klata! — czyjeś palce wbijają mi się między żebra.
— Zgreda! — krzyczę jak osaczony.
— Teściowa! — zaciśnięcie ręki na moim bicepsie.
— Stara rura!
— Cegła!
— Wisi! — tym razem zareagowałem należycie.
— Aha, to jednak wiesz!
Jakże ogromną wdzięczność poczułem do Baxa za jego nauki. Giercowanie dosięgło mnie jednak w nader bolesny sposób. Zajmowałem górne łoże w piętrowym koju. Było już po capstrzyku.
— Bilet masz? — usłyszałem spode mnie.
— Jaki bilet? — spytałem głupkowato.
— Ach, nie masz biletu! No to wysiadka! — i tu kopnięcie od dołu w moje legowisko.
Wyleciałem jak z procy i gruchnąłem z wysokości półtora metra na „pokład”, czyli podłogę. Potłukłem sobie dotkliwie prawy staw biodrowy i prawą rękę w przegubie. Wożono mnie nawet do miejscowego szpitala na prześwietlenie. Pęknięcia kości nie stwierdzono, przez kilka tygodni robiono mi okłady z kwasu bornego, ręka zsiniała, miałem dość potężny krwiak. Ciągle odczuwam tę kontuzję przy dźwiganiu cięższych rzeczy. Na pytanie „Czy masz bilet?” należało odpowiedzieć krótko: „mam”.
W tym czasie wypadła moja „gajówka”. Dyżury te organizują sobie sami więźniowie. Do obowiązków „gajowego” należy zamieść pokład, pościerać kurze oraz pozmywać po każdym posiłku wszystkie dołki i platery. W celi było przyjęte, że gajówka trwa tydzień. Przez kilka dni z rzędu wypełniałem obowiązki gajowego, mając całkowicie niesprawną prawą rękę. Próba chwycenia czegokolwiek wywoływała ostry ból. Nikt nie zasugerował przesunięcia mojego dyżuru — raczej przeciwnie, moje zmagania dostarczały im szczególnego rodzaju satysfakcji. Musi być należyta kara za tak ciężkie przewinienie grypsującego, jakim jest „jazda bez biletu”.
Osobliwe było to moje grypsowanie. Co tu ukrywać, z moim sposobem bycia, temperamentem i fizjonomią pasowałem do tego wszystkiego jak wół do karety. Nie dziwi mnie specjalnie, że wymagane zasadami bajery zwroty w moich ustach doprowadzały pozostałych do wybuchów huraganowego śmiechu. Wzywano mnie do lipa tylko po to, żeby usłyszeć, jak będę się wydzierał: „nawiń!”. Ciągle ktoś mnie obłapiał za ramię, krzycząc „teściowa”, ciągle wisiała mi nad głową „cegła”, która nieraz mnie „jebła”…Wciąż wracały tematy spoza więzienia. Dużo i barwnie opowiadali o swoich wyczynach. Juby wspominał pobyt w poprawczaku, w którym spędził prawie pięć lat. Dostał raz przepustkę na dwie godziny. W czasie tym wytropił, zgwałcił i obrabował dziewczynę, po czym otrzymał pochwałę za punktualny co do minuty powrót do zakładu. Młodzian, który przyłapał mnie na „jeździe bez biletu”, chwalił się, jak to spotkał w parku faceta w ataku padaczki. Szybko rozejrzał się, czy w pobliżu nie ma nikogo i „zapuścił rentgena”. Efekt pomyślny: „sikor” i „piter” — zegarek i portfel. To się nazywa wykorzystać okazję!
Gdy tak słuchałem tych opowieści, poczucie solidarności ze złodziejską społecznością — przeciw milicjantom i klawiszom — bardzo się zachwiało. Zapragnąłem nade wszystko znaleźć się z dala od tych obleśnych spojrzeń spod wytatuowanych swastyk, tych „cegła–jebła”, ryczącej betoniary, zgiełku, duszącego mnie dymu, od którego wciąż było sino. Czułem jeszcze dotkliwy ból ręki po owej „jeździe bez biletu”. Stwierdziłem, że po paru miesiącach takiej wegetacji skołowacieję, zdurnieję, a moja matematyczna robota nie posunie się o pół milimetra. Napisałem do naczelnika więzienia podanie o przeniesienie do izolatki, motywując je tym, że tylko w izolatce będę miał możność kontynuowania pracy naukowej, czyli działalności, która na pewno będzie służyć społecznemu interesowi. Zapowiedziałem, że w razie odmowy będę prowadzić głodówkę aż do skutku. Pisząc to podanie, nie robiłem z niego tajemnicy przed pozostałymi w celi. Przyjęli do wiadomości jego treść z życzliwym zainteresowaniem, nawet swego rodzaju zadowoleniem: kroi się nowa afera, coś się będzie działo.
Następnego dnia wezwał mnie do siebie wychowawca, Koń był wyraźnie zatroskany:
— No tak, macie jakieś problemy ze współmieszkańcami, ten wypadek z ręką… Na pewno wam dokuczają. A powinniście ze wszystkimi takimi sprawami zwracać się do mnie. Od tego tu jestem, żeby pomóc.Milczałem. Koń próbował zachęcić mnie do otwarcia się.
— Zawnioskowałem, żeby osadzić was w tej celi, myślałem, że jako człowiek na pewnym poziomie kultury i o poważnych zainteresowaniach wpłyniecie wychowawczo na tych degeneratów. Ale widzę, są trudności.Odpowiadam wymijająco: kontuzja ręki wynikła przypadkowo, wchodziłem na górne legowisko i spadłem. Moje stosunki w celi — nic szczególnego.
— Nie macie do nas zaufania — podsumował Koń melancholijnym tonem.
Reakcja naczelnika była zgodna z przepisami: zaprowadzono mnie na konsultację do psychiatry. Nie dlatego, że prośba wzbudzała podejrzenia co do mojej poczytalności. Chodziło o to, iż nie każdy nadaje się do przebywania w samotności. Psychiatra rozmawiał ze mną w miłej, kulturalnej atmosferze. W zapowiedzianym przez siebie terminie, 28 kwietnia, rozpocząłem głodówkę. Na drugi dzień poprowadzono mnie do pawilonów dla skazanych. Po kilku minutach znalazłem się w upragnionej jednoosobowej celi.