Marek Kulczyk:
Od rana w małej celi mieszczącej się w podziemiach budynku sądów na Świerczewskiego kilkadziesiąt osób oczekiwało na rozprawy. Tłok był tak duży, że nie bardzo można było się poruszać, gęste opary papierosowego dymu, gwar — wszyscy próbowali się nawzajem przekrzykiwać. Obok mnie siedział jakiś człowiek — bardzo blady, skarżył się na ból serca. Kilka osób stojących nieopodal podejrzewało, że wziął jakieś specyfiki, aby w ten sposób odroczyć rozprawę. W pewnym momencie upadł na podłogę. Twarz mu zsiniała, na czole pojawił się perlisty pot. Ktoś zaczął walić w drzwi, wzywając pomocy. Po kilku minutach przyszedł lekarz. „Za późno” — stwierdził. Milicjanci kazali nam przejść do innej celi.
Gdy po południu przewożono nas z powrotem, z przerażeniem skonstatowałem, iż mam poczucie ulgi, że po koszmarze, jakim było doświadczenie śmierci innego człowieka, naznaczonej piętnem absurdalnej przypadkowości, przesiąknięty odorem nikotyny i z dojmującym łomotaniem w głowie, wracam w więzienne mury jak do domu. Kiedy wchodziliśmy do pawilonu, jeden z więźniów opowiedział prowadzącemu nas klawiszowi o tym, co się wydarzyło. „Normalka” — odpowiedział strażnik, uśmiechając się jakoś melancholijnie.
Tadeusz Wypych:
Wezwał mnie wychowawca, który w czasie moich poprzednich odsiadek na Mokotowie miał ze mną bardzo nerwowe przejścia — i mówi: „No, Wypych, to ja wam teraz pokażę, co to jest prawdziwe więzienie, nie będziecie sobie pozwalać, tak jak kiedyś”.
Oni często stosowali taktykę karnego wysyłania do kryminalnych. Tu jest większe zagęszczenie, cele w dużo gorszym stanie, łaźnia śmieszna — siedem osób na pięć minut do malutkiej salki, nawet nie ma czasu się umyć; brudno, głośno (są głośniki, cały czas leci program radiowy, bez możliwości regulowania siły głosu), bałagan i chamstwo.
Bardzo się starałem unikać konfliktów z kryminalnymi. Klawiszom się nie podobało, że przez dłuższy czas w celi był spokój i wykorzystali moment, w którym konflikt się pojawił. Chciałem pod światło odczytać list, jakieś zdanie skreślone przez cenzora, więc mówię do jednego, żeby się trochę p o s u n ą ł, bo muszę wejść na łóżko. Wypowiedziałem zakazane słowo. I wtedy taki, który tam chciał odgrywać rolę szefa, mówi do najsłabszego w celi: „Wypłać mu blachę”. Tamten nie miał wyjścia, spojrzał na mnie i zamachnął się. Trochę się poszamotaliśmy, ale już za chwilę zaczęliśmy udawać, że nic się nie stało.
Podczas tej szamotaniny otarłem sobie o łóżko głowę, duży siniak nabiegł krwią. Nie zwracałem na to uwagi, nie było zresztą nawet lustra, aby się przejrzeć. Ale ci z administracji zauważyli.
I tu nagle, po paru dniach, wchodzi kalifaktor [więzień funkcyjny] typ kulturysty — drzwi się zaraz za nim zamykają — i staje ostro w mojej obronie: „Dlaczego wy się nad nim znęcacie, gówniarze, zaraz będziecie mieli ze mną do czynienia! To wy nie wiecie, że on z «Solidarności», że on za takich jak wy walczył, a wy tu za jakieś obsikanie kiosku siedzicie…”. I widzę, że się zabiera do bicia.
Tamci przestraszeni, coś mu próbują odszczekiwać; ja zupełnie skonsternowany, ale powoli zaczyna mi świtać, że on chyba nie całkiem z własnej inicjatywy tu przyszedł. A skoro jest niby w mojej obronie, to mnie nie uderzy. Łapię go więc za klapy: „Spierdalaj stąd! Co ty sobie myślisz, co cię to wszystko obchodzi, kto cię tu przysłał?”. Nacisnął dzwonek, a oddziałowy jakby tylko na to czekał, otworzył natychmiast drzwi i zabrał go. Mówię w celi: „Słuchajcie, to jest sprawa nagrana, żeby zrobić konflikt. Ja się na was nikomu nie skarżyłem”. Chyba uwierzyli.
Wojciech W. Wiśniewski:
Przyszedłem do celi, w której była już grupa ludzi, między innymi działacz przedwojennego Zarządu Regionu. […] Siedział w niej także człowiek przypadkowo wzięty z ulicy. Taki Bogu ducha winien, który nie rozumiał, dlaczego go wzięli, dlaczego siedzi i wyobrażający sobie niesamowite rzeczy. I ten przypadkowy człowiek z ulicy staje się w celi ofiarą działacza z Zarządu, który go zgnębił w sposób potworny. […]
W więzieniu obowiązuje zasada, stworzona przez kryminalistów, że w czasie posiłków nie wolno podnosić klapy kibla, nawet jeśli miałoby to być wylanie wody, a nie załatwianie czynności fizjologicznych. Ta słuszna zasada została wykorzystana przez działacza celem zgnębienia przypadkowo aresztowanego. Kiedy próbował się załatwić, wszyscy krzyczeli: „Je się!”. Ten człowiek czeka pół godziny, godzinę — wreszcie podchodzi i pyta: „Czy można?”. A wówczas rozlega się krzyk — „Je się!”. […]
Wystarczyło wziąć do ręki szklankę wody, żeby się nad nim znęcać. Takie zachowanie sprowokował działacz. On podjudzał ludzi. Facet zaczął ich błagać, płakać, a tamtym sprawiało to przyjemność. Zaczęli przedłużać zabawę. On się płaszczy przed nimi, pada na kolana, bo nie chce złamać zasady. Oni tym bardziej trwają w uporze. Rozjuszał ich po prostu. […]
W końcu gnębiony nie mógł fizycznie wytrzymać i musiał się załatwić. W tym momencie uznano, że jest scwelony, to znaczy że jest kurwą męską w więzieniu. Zachowywano się w stosunku do niego w potwornie chamski sposób. Cwela izoluje się od celi. Między nim i resztą siedzących stwarza się barierę. Na przykład kiedy chce usiąść przy stole, wszyscy wstają. Kiedy chce jeść, nie wolno mu tego robić przy stole. Każe mu się siadać na kiblu i tam jeść. Takie zwyczaje mają kryminaliści, ale tutaj wprowadził je działacz „Solidarności”. Faceta zgnojono przez złośliwość, bo faktycznie, w rozumieniu więziennym, nie został zgnojony. […]
Ich nieprawdopodobnie bawiła ta zabawa w scwelenie. Nie podawano mu więc ręki. Kazano osobno myć naczynia. Nawet przy nalewaniu kawy go dyskryminowano. Kawę nalewano z wiadra, ponieważ była większa cela. Jego kubek podawano oddzielnie, biorąc go w ręcznik. Powodowało to śmiechy i kpiny więźniów i klawiszy na korytarzu: „to dla inżynierka, dla cwela…”. Od razu po więzieniu rozeszła się wieść, że jest scwelony. A wieść po więzieniu, mimo izolacji, rozchodzi się błyskawicznie. Plotkę roznoszą uczynni klawisze, uczynni więźniowie, kalifaktorzy, którzy w znacznym stopniu są na usługach więziennej esbecji.
Barbara Fabiańska:
Zaczynałam drażnić współlokatorki: nie kradłam, nie opowiadałam o dupie, nie bluźniłam. Narósł konflikt. Po jednej z kłótni, podczas której próbowały udowodnić mi wspólnictwo w ich kradzieżach poprzez picie kradzionej herbaty, przestałam wkładać, co miałam, do wspólnej puli. Nie trzymałam się jednak rygorystycznie podziału, litując się nad ich głupotą. Ale i one też zaczęły jakby stronić od mojej własności. Przestałam dyskutować i właściwie prawie się nie odzywałam. Czasami tylko prosiłam, by umilkły na chwilę, zajęły się czymś albo przynajmniej zmieniły temat, gdy nie mogłam już znieść gadania o wódce i dupie. Ale i tego szybko zaniechałam, bo wywoływało odwrotną reakcję.
Krystyna Laskowicz:
Na Młyńskiej krążyła fama o Ewie „git-królowej”. Codziennie słychać było śpiew i krzyki. Piosenki najczęściej śpiewała dwie: „Czarny chleb i czarna kawa, opętani samotnością, my tęsknimy tylko za tym, co nazywa się wolnością…” i piosenkę o śmierci w więziennej celi. Wśród kryminalnych sławę przyniosły jej długie i zawiłe składniowo wiązanki przekleństw. Posługując się prawie wyłącznie wulgarnymi słowami, budowała całe monologi i prowadziła zażarte kłótnie. Kryminalni nie byli w stanie jej dorównać, więc gwizdali z zachwytu. Dochodziły też do celi odgłosy burzliwych awantur albo nawet szamotaniny z udziałem Ewy. Któregoś dnia przeniesiono ją do mojej celi.
Gdy zobaczyłam Ewę wprowadzaną przez oddziałową, to kolana się pode mną ugięły — co tu robić z taką agresją? Początek był bardzo trudny. Ewa nie chciała jeść ze mną przy stole, jako z niegrypsującą. Obiady wyrzucała natychmiast do zlewu. Jadła chleb, piła herbatę. Ale nie dałam się wyrzucić od stołu. Podczas mycia przyglądała mi się, a ja nic, żadnego tatuażu, żadnych kropek, ciachań. Ewa miała dziesiątki głębokich i rozległych blizn na całym ciele (samookaleczenia jako dowody odwagi i samozaparcia). Obserwowała mnie, zresztą, bez przerwy.
Na trzeci dzień zaczęło się: potnie mnie, pobije, skopie. Potem, że potnie siebie, powiesi się; udusi mnie w nocy — i tak w kółko. Nie chciałam domagać się od administracji więziennej przeniesienia którejś z nas do innej celi. W końcu się zdecydowałam. Zaczęłam też krzyczeć, gdy ona krzyczała. Ona, że potnie i zatłucze, ja — to tnij, a jak ci oddam, to się nie pozbierasz. Ona, że się powiesi, ja — to się wieszaj i nie zawracaj głowy, bo czytam. Ona, że głoduje, bo zamknęli ją w celi z nie-gitówką, ja — że to kpiny, a nie głodowanie, bo je chleb. Trwało to dość długo.
W końcu sprawa rozegrała się ostatecznie. Ewa napięta i bardzo już zmęczona (ja nie mniej) usiadła wieczorem na swoim górnym łóżku i rozpoczęła wszystkie groźby na nowo. Krzyczała przez łzy, cała się trzęsła. Nie potrafiłam rozbroić jej desperacji i udręczenia. Też zaczęłam wrzeszczeć, że tylko straszy, a nic nie robi… Powybijała szyby, rozbiła blindę — nie pamiętam czym — i wyrzuciła za okno platery, odzież, jakieś książki. Pokaleczyła się trochę, niezbyt mocno.
Zabrali Ewę do kabaryny. Poszła spokojnie. Wróciła po pięciu dniach, rozluźniona i uśmiechnięta. Powiedziała, że choć nie grypsuję i nie mam kropek, to jestem git, bo — po pierwsze — nie kabluję, po drugie — nie bałam się jej, po trzecie — nie mówię w ogóle, co się dzieje w celi. Potem jeszcze przeszło dwa miesiące siedziałyśmy we dwie same w celi i nigdy nie wracałyśmy do tego początku. Po jakimś czasie klęła mniej, zaczęła trochę czytać. Była lojalna i uczciwa. Nigdy się nie zdarzyło, aby mi cokolwiek zginęło, gdy szłam na długie godziny przesłuchań.
Za nic nie chciała mi mówić po imieniu. Gotowa była wszystkie prace porządkowe w celi robić sama, czasami wręcz na siłę musiałam jej wyszarpywać szmatę, gdy była moja kolej sprzątania. I jeszcze to: jeśli budziła się w nocy i zauważała robactwo, to stawała na środku łóżka i wołała: „Niech je pani złapie, bo się boję”. A ja łapałam, choć na wolności bym tego raczej nie zrobiła. Ewa wśród swoich nigdy by się pewnie nie przyznała, że się boi czegokolwiek.
Tadeusz Wypych:
Przenieśli mnie w końcu na oddział wyższy, drugi, do celi, gdzie było pięciu małolatów, ktoś starszy i ja jako siódmy. Pierwsze pytanie, czy grypsuję. Wiedziałem o tym wystarczająco dużo, więc powiedziałem, że nie grypsuję, ale że mi to nie przeszkadza. Żyliśmy dość zgodnie; ja miałem swój kąt, jakby wyróżniony i nieproporcjonalnie duży, bo do mojej dyspozycji była połowa stołu i jeden taboret, a oni się gnieździli na łóżkach i przy drugiej części stołu. Przez cały czas mogłem siedzieć, czytać, robić co chcę. Raczej z nimi nie gadałem, tyle tylko co niezbędne. Nie zwracaliśmy na siebie większej uwagi — była jakaś poprawność dyplomatyczna między nami. To byli młodzi chłopcy, zwykle wychowankowie domów dziecka, taki dość agresywny element.
Marek Kulczyk:
Jednym z kryminalnych był młody chłopak o sympatycznej twarzy. Kiedy pokazał mi akt oskarżenia, zamarłem. Zarzucano mu kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt napadów z nożem w ręku. Nie miał pomocy z domu, nikt do niego nie przyjeżdżał. Prosił, żebym mu pomógł napisać obronę. Napisałem. Czułem, że on wstydzi się swojej przeszłości. Nie dorabiał sobie zresztą ideologii do własnych czynów, nie przedstawiał się jako mściciel, który ograbia ludzi, przyspieszając tym samym koniec ustroju komunistycznego — a takie wynurzenia słyszałem od niektórych kryminalnych. Sprawiał wrażenie zagubionego.
Obserwował mnie, gdy czytałem książki, robiłem notatki. Zapytał, czy znam angielski. „Trochę” — odpowiedziałem. Czy mógłbym go nauczyć podstaw? Tak. Dałem mu zeszyt i co dnia trochę czasu poświęcaliśmy swoistym lekcjom.
Kiedyś na spacerze wymalował wielkimi literami napis „KPN”. Zapytał mnie, czy dobrze to zrobił. Odpowiedziałem, że dobrze. „Niczego się nie obawiaj, jak będą się czepiać, powiem im, że to ja namalowałem.” Spojrzałem na niego, uśmiechnąłem się. „Jaka szkoda — pomyślałem — że nie jesteśmy z jednej sprawy.”
Moja pozycja w tej celi była raczej uprzywilejowana. Mimo ciasnoty, mogłem się uczyć, bez oporów udostępniali mi stół, wyciszali, a nawet wyłączali radio. Często, przeważnie wieczorami, opowiadali mi o swoich kłopotach, swoich rodzinach, dziewczynach. Pytali mnie o mało im znane sprawy „Solidarności”. Opowiadałem często do późna w nocy.
Wybrała Agnieszka Dębska