O tej chęci wywołania uśmiechów na twarzach wiemy głównie z wywiadów, bo dwa Twoje najlepiej kojarzone filmy są raczej posępne i mroczne, choć Twist & Blood faktycznie zawiera w dialogu elementy komiczne.
Zdałem sobie sprawę, że efekt rozbawienia widza łatwiej otrzymać, gdy opowiadając o dzieciach, wkładam im w usta takie niby-dorosłe wypowiedzi. Łatwo tworzy się z tego sytuacja podwójna.
A czy szukasz inspiracji w innych filmach, dziełach sztuki czy odwrotnie, pisząc scenariusz zamykasz się na takie tropy?
Kiedy piszę, bardzo lubię oglądać filmy amerykańskie pod kątem technicznym, żeby odpowiednio zbudować dramaturgię, bo te moje teksty, o czym mówiłem, są w pierwszym stadium bardzo chaotyczne. Natomiast filmy oglądam przede wszystkim jak widz, nie jak analityk. Staram się wzruszać, przeżywać historię pokazaną na ekranie, a nie zastanawiać się nad formą i użytymi w konkretnej scenie środkami.

Tytuł Ciemnego pokoju nie trzeba się bać wziąłeś z książki Ewy Szelburg-Zarembiny, a w podobnym czasie skończyłeś etiudę Dom w różach i tam również pojawia się cytat literacki z tej samej autorki…
Dom w różach jest impresją o samotności wśród najbliższych, kryzysie małżeństwa, gdzie właściwie nie ma żadnych dialogów, potrzebowałem czegoś, co nie będzie wprost. Przypomniałem sobie wierszyki Ewy Szelburg-Zarembiny, które przerobiłem bardzo szczegółowo przy pracy nad Ciemnego pokoju…, i był wśród nich taki, który opowiadał o nadchodzącej burzy.
Na czym polega Twoja praca z dziećmi?
W pracy z dziećmi, szczególnie z Jamesem, odwołuję się do życiowych doświadczeń, relacji z otoczeniem. To świetny sposób tłumaczenia sensu i znaczenia sceny. Często robiłem Jamesowi małe sprawdziany, pytając go, o co chodzi w danej scenie. Jeśli nie wiedział, rozmawialiśmy raz jeszcze, przywołując znane mu rzeczy. To bardzo ułatwia pracę na planie, bo dzieciak wie, jakie emocje ma do odtworzenia w filmowanej scenie. James ma ogromną łatwość wchodzenia w zróżnicowane emocje, co jest ewenementem, a już na pewno jeśli chodzi o dziecko.
Mówiłeś mi parokrotnie, że perspektywę dziecięcą przyjmujesz jako formę zabezpieczenia. W ten sposób możesz puścić wodze wyobraźni.
Koledzy często mówią, że mam dziwne czy nawet „dziwaczne” pomysły na historie. Interesują mnie ekstrema, bohaterowie, których łatwo uznać za szalonych, jeśli ktoś jest wariatem, to trudno się z nim zidentyfikować, zrozumieć, wejść w jego emocje. W przypadku bohaterów dziecięcych odbiór jest inny, nikt nie może mi zarzucić, że opowiadam o postaci niezrównoważonej psychicznie.
W polskim kinie niewiele osób kręci filmy o dzieciach, dlatego bardzo szybko zacząłeś być porównywany do Doroty Kędzierzawskiej. Zresztą kiedy byłeś młodym chłopakiem, to spotkaliście się na festiwalu filmowym i to właśnie Kędzierzawska była jedną z osób, które sprawiły, że zdecydowałeś się pójść na studia reżyserskie…
Tak, Dorota Kędzierzawska i jeszcze parę innych osób, między innymi Michał Rosa, pomogły mi w wyborze tej ścieżki. Zdawałem do szkoły bezpośrednio po maturze, jednak to było za szybko. Na egzaminie w Łodzi usilnie starałem się być lepszy i mądrzejszy niż w rzeczywistości i na rozmowie z komisją zostało to boleśnie obnażone. Usłyszałem nawet, żebym przestał „onanizować się własną twórczością i zaczął poznawać świat”. Rok później nie udawałem, dostałem się na Wydział Radia i Telewizji w Katowicach.
Dziękuję za rozmowę.
Również dziękuję. Może jeszcze dodam jedną rzecz. Wiele osób myśli, że ja bardzo lubię dzieci, że jestem takim dobrym wujkiem dla wszystkich dzieciaków. Otóż nie lubię dzieci, lubię tylko te, które wybieram, z nimi naprawdę się zaprzyjaźniam.