SKANDAL ALBO NOWA DEFINICJA SYTUACJI
Pytanie, dlaczego nas to w ogóle zajmuje? Dlaczego jest to interesujące? Bez zainteresowania wszak nie byłoby mowy o jakimkolwiek skandalu. Powód jest prosty: choć żyjemy w wielotysięcznych metropoliach, nasz umysł, jako że ewolucja stawia długie i powolne kroki, w dalszym ciągu myśli kategoriami łowiecko-zbierackimi. Na poziomie umysłowych mechanizmów, działającymi nierzadko wbrew świadomej wiedzy, informacje ze świata interpretowane są tak, jakby dotyczyły naszego najbliższego otoczenia. W zamierzchłej przeszłości praktycznie wszystko, co przytrafiało się innym osobnikom z naszej grupy, dotyczyło w jakimś stopniu nas. Czyjeś informacje strategiczne mogły momentalnie przełożyć się na naszą pozycję w grupie. I ta ewolucyjna „pamięć” daje o sobie znać również dzisiaj. Dziś fakty medialne dotyczą nas bezpośrednio stosunkowo rzadko, prawie wcale, ale zainteresowanie nimi jest tak wielkie, jakby były dla nas najzupełniej realne w skutkach. Powyższe skandale przełożone na język interakcji grupy łowiecko-zbierackiej oznaczałyby ogólny szok i konieczność natychmiastowej reakcji: ukarania winnych, pomocy ofiarom, odnalezienia sprawców, ochrony bliskich, wydalenia z grupy kogo trzeba, ukamienowania głównych zainteresowanych etc. Wobec takich doniesień psychologicznie trudno jest przejść obojętnie, w przeszłości obojętność mogłaby obrócić się przeciwko nam i naszym najbliższym.
Podane przykłady to scenariusze zupełnie zmyślone. Ale w sukurs im idą doniesienia jak najbardziej realne, choćby sprawa gwałtu na nieletniej Romana Polańskiego, przebieranki senatora Krzysztofa Piesiewicza, łapówka Lwa Rywina, czy seksafera w Samoobronie. Sprawy te uchodziły za skandale ciężkiego kalibru: dotyczyły osób rozpoznawanych. Jednak w świecie popkultury nie trzeba wybiegać aż na tak wysokie salony! Skandal konstruowany jest niemal na poczekaniu, dzięki wydarzeniom mniejszej rangi i o mniejszym potencjale oddziaływania. To pierwsza zastanawiająca prawidłowość: skandaliczne rzeczy dziać się mogą na każdym rogu. Oto przykłady. Tytuły, na które trafiłem przeglądając internetowe strony „Faktu” i „Super Expressu”: „Pozwolił chlać na umór piłkarzom”, „Na Boga! Dlaczego katechetka bije nasze dzieci?”, „Szok! Satanista uczył religii!”, „Zatłukli mi wnuka w parku”.
Opowieści kryjące się pod tymi hasłami, choć może nie tak spektakularne jak wykreowane przeze mnie czy faktyczne skandale „ciężkiego kalibru”, w dalszym ciągu spełniają jednak psycho-ewolucyjny wymóg: ujawniają informację strategiczną, która staje się powodem nowej definicji sytuacji oraz bardzo mocno dotykają perspektyw bohaterów skandalizującego wydarzenia. Złe prowadzenie się i gwałcenie norm grupowych, niebezpieczeństwo czyhające na dzieci czy wreszcie śmierć w miejscu często przez wszystkich uczęszczanym – te wiadomości prawdopodobnie wywołałyby prawdziwy popłoch kilka tysięcy lat temu, w grupie złożonej ze 100-150 osób. Skandal nie jest zatem niczym innym, jak konfrontacją czyichś sprzecznych interesów, również interesów jednostki sprzecznych z interesem jakiejś grupy (choćby i całego społeczeństwa), wtłoczoną w środki masowego przekazu.
W STRONE POP-SKANDALU
Ostatnio jednak skandal poddawany jest osobliwej dość, popkulturalnej obróbce – i jest to druga prawidłowość: zamienia się w pop-skandal, który od strony formalnej spełnia może i wszystkie wymogi, od strony treściowej jednak – już niekoniecznie. Pop-skandal, którego warianty obserwujemy dziś, a którego przykłady podam za chwilę, nasuwa mi skojarzenia z idiotycznymi nagłówkami wspominanego na początku tego tekstu peerelowskiego magazynu, których wartość informacyjna była żadna (jeśli nie ujemna). Trafiło mi niedawno w ręce interesujące zestawienie najdurniejszych artykułów z bieżącej prasy tabloidowej (było ich całe mnóstwo, co pozwala domniemywać, że natrafić na nie bynajmniej nie jest trudno). Wśród nich znalazłem następujące rewelacje: zrozpaczony mężczyzna przyznaje, że od długiego czasu funkcjonuje niczym zombie, nie może spać, bo… trzyma kredens, który w każdej chwili gotów jest nań runąć i pogrzebać pod stosem półek. Zapłakana matka, z przestraszonym dzieckiem na kolanach, odsłania kulisy traumy: czajnik grozy chciał ich zabić. Starsza kobieta, na pierwszy rzut oka ofiara chuligana, ze łzami w oczach obnaża siną i opuchniętą twarz, po czym rozwiewa wątpliwości: to nie chuligański napad, to wybuch zgniłego jaja… Są też i inne ofiary, zaatakowane przez bobra, termo-koc, butelkę coli lub loki, bite przez własne potomstwo krakowską kiełbasą, oszukane przez kosmitów i tak dalej…
Poetyka tych „newsów” znalazła zresztą nietypowe uznanie w twórczości internautów, którzy powołali do życia inicjatywę „Faktoid”, polegającą na tworzeniu czasopisma nawiązującego stylistyką do tabloidów i obwieszczającą podobnie bezwartościowe, kompletne idiotyzmy, np.: „Bez obiadu i laczków przez 12 minut! Górnicy z Chile mieli pomoc NASA, ja waliłem ogórkiem w sufit! Gdyby nie sąsiad, umarłbym z głodu!”, „Obcas złamał się tak nagle! Nie było żadnych ostrzeżeń!”, „Szok! Poszedł na bazar, a stracił jajka! Bestie z kosmosu balują za nasze!”, „Wyszedł z domu i wrócił! Czy widziałeś tego człowieka?” etc. Parodie tabloidów zakresem podejmowanej tematyki nie różnią się szczególnie od oryginałów. Pytanie: gdzie tu miejsce na informację strategiczną?
Otóż nigdzie. I tym właśnie pop-skandal różni się od skandalu. Wartość informacyjna dąży do zera. Pop-skandal zdecydowanie jednak nadrabia formalną otoczką. Jego zadaniem jest stworzyć odpowiednie wrażenie i robi to w sposób identyczny, jak w przypadku relacji z objawień Archanioła Gabriela w lesie. Po pierwsze, nagłówek: rozwiewa wątpliwości co do tego, czy informacja jest ważna, czy nie. Jest gigantyczny, a więc jest ważna. Po drugie, w centrum zainteresowania gazety są relacje świadka, opinie ekspertów są nieważne, jeśli w ogóle sięga się po nie. Po trzecie, relacja zawsze będzie pierwszoosobowa, bez szczególnego pudrowania i dopieszczania przekazu, będzie „żywcem” wzięta od głównego zainteresowanego. Dochodzą do tego dodatkowe środki, takie jak tytuły w formie pełnych gramatycznie zdań – standard prasowy raczej osobliwy. Stosowanie w narracji zaimków w pierwszej osobie: ja, my, moje, nasze. Stawianie pytań retorycznych: Jak on mógł!? Jak do tego mogło dojść?! Czy można w to uwierzyć?! Formułowanie postulatów przy pomocy wołacza („Tusk! Oddaj nasze pieniądze!”) Sprawianie wrażenia, że relacjonowane wydarzenia w zamyśle miały być tajne, ukryte przed świadomością ogółu, a ponieważ wyciekły – okazały się wstrząsające. Piłkarze chlali wszak na umór w tajemnicy, a teraz wszyscy to już wiedzą. Satanista po cichu indoktrynował dzieci – wydało się. Czajnik chciał zabić, ale mu się nie udało – teraz wszyscy wiedzą, że czajnikom już do końca ufać nie można. Zbuk zaskoczył biedną kobietę i wystrzelił jej prosto w twarz, biedaczka niczego się nie spodziewała. Tabloid dociera do tych zdarzeń i ujawnia je – oczywiście ku przestrodze innych.
TABLOID JAKO KONIECZNOŚĆ DZIEJOWA?
Bardzo ciekawym polem do dalszych analiz są internetowe odpowiedniki tabloidów, w szczególności portale plotkarskie w rodzaju Pudelka, Pomponika i Kozaczka. Natrafić tam można na inny wariant pseudo-skandalu. Nie dotyczą już one tak dziwnych przypadków jak eksplozja kurczaka w czyjejś mikrofali, relacjonują za to przypadki z życia celebrytów. Część doniesień jest na temat gwiazd zagranicznych, część – rodzimych. Są to na ogół doniesienia w dalszym ciągu pozbawione istotnych treści strategicznych. Otrzymujemy gorące relacje z: wizyty u fryzjera i stylisty, zakupów w galerii, realizowania recepty, tankowania, przejażdżki Marszałkowską, randki, zakupu cheeseburgera czy spaceru po ZOO z rodziną. Informacji strategicznych nie ma tu praktycznie żadnych, kreuje się jednak takie wrażenie prostym sposobem: podpatrywania. Reporter trzaska fotkę zza krzaka, z użyciem dużego zoomu – i voilà! – to, co chciano ukryć, podpatrzono i przekazano dalej. A co przekazano? Na zdjęciu widać bohaterów niczego nieświadomych, odwróconych tyłem, rozmawiających przez telefon nie wiadomo z kim i o czym, idących nie wiadomo gdzie… Jak ową niewiedzę i pseudo-informację obudować wątkiem fabularnym i zrobić zeń „newska” można przekonać się na podobnych portalach bez problemu. Nie koniec na tym: pod koniec takiego „artykułu” pada sakramentalne pytanie do publiczności: a wy co o tym sądzicie? O tym, że posiadamy pogląd w sprawie przekonuje kilkadziesiąt wpisów od forumowiczów. Jest sensacja? Jest. Opinia publiczna działa? Działa.
Skandalizacja przekazu jest faktem. W tabloidach i na portalach plotkarskich wyraża się ona najpełniej, ale nie jest od niej wolny również przekaz uchodzący za bardziej merytoryczny. O gromadzeniu negatywnych emocji wokół konkretnych tematów spisano już kilometry prac. Wypada zadać w tym momencie pytanie nie o skalę tego zjawiska – jest ona bowiem ogromna – ale o alternatywę. Czy do takiej skandalizacji przekazu musiało dojść? Musiało. A dokładniej – musiało dojść w sytuacji urynkowienia przestrzeni medialnej.
Bardzo pomocną w wyjaśnieniu tego fenomenu jest perspektywa memetyczna. Memetyka postrzega kulturę jak naturalne środowisko dla idei, które rozprzestrzeniają się niczym wirusy zasiedlające nasze umysły. Istnieje zatem – prócz biologicznej – również ewolucja przebiegająca torem kreślonym przez naturalną selekcję: ewolucja ideosfery. Z pokolenia na pokolenie przekazywane są te memy („geny kultury”), które cieszą się największą popularnością i tym skuteczniej zasiedlając ludzkie umysły – znajdują naśladowców. Memetyka to w dalszym ciągu hipoteza, fascynująca, jednak nieznajdująca jeszcze ostatecznego potwierdzenia. W tym ujęciu świat kultury jest najzupełniej żywy i nie jest to metafora. Rośnie, mutuje, rozmnaża się, oddziałuje na tor ewolucji biologicznej, wypełnia nisze (jednak nie nisze ekologiczne a psychiczne, ale czy życie musi ograniczać się tylko do warunków fizyko-chemicznych?). Skandalizacja w tym ujęciu jawić się może nie jako perfidny zabieg twórców kultury masowej liczących na zysk. Ona jest strategią przetrwania informacji w świecie, gdy przestrzeń wprost zalana jest informacjami konkurencyjnymi. W takich warunkach trzeba szukać możliwości przewagi nad konkurencją. W świecie informacji źródłem takiej przewagi będzie skandalizacja. Jest to swoiste „prawo dżungli” nie eko-, a info-sfery. Słabsze, mniej rozkrzyczane, mniej widoczne i mniej absorbujące informacje po prostu nie rozprzestrzenią się.