Jaki okres w swojej karierze i w modzie uważa pan za najciekawszy?
Zdecydowanie lata 60. Idealny okres na robienie kariery. To były czasy wielkich przemian. Lata 50., okres powojenny to new look, rozkloszowane spódnice, uniformy. To wszystko kończyło się z nadejściem lat 60. Wtedy nastało bardzo świadome pokolenie. Emancypacja. Wraz z pojawieniem się pigułki antykoncepcyjnej, Beatlesów, rewolucji studentów i dzieci kwiatów, nastąpiły gwałtowne zmiany w społeczeństwie. Wszystko to znajdowało odbicie w fotografii. To wtedy mogliśmy zobaczyć zdjęcia pierwszej modelki z tatuażem na ręku. Rozpoczęła się era prêt-à-porter. Każdy mógł uczestniczyć w tej zmianie mody. Kiedy pojawiła się pierwsza taka kolekcja, wszyscy narzekali, przepowiadali koniec haute couture.

Ale to nie był koniec.
Absolutnie nie! Kilka lat później wszyscy ci, którzy narzekali, zaczęli robić prêt-à-porter. To był czas tworzenia nowego wizerunku kobiety. W 1959 roku Yves Saint Laurent stworzył kolekcję, w której po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć odsłonięte kolano! Krytycy tego wtedy nie przyjęli, ale kilka lat później spódniczka mini była już niewystarczająco krótka.
Osobiście nie podąża pan za nowościami w modzie. Ma pan podobno kilka dobrych garniturów, których używa od lat.
Dla mnie liczy się wygoda, jakość i klasyka. W tamtych czasach sesje mody dla mężczyzn były zupełnie marginalne. Mieliśmy może dwóch czy trzech modeli. To był niewielki biznes. Dzisiaj męską i damską kolekcję można zobaczyć na jednym pokazie, w dodatku czasami niewiele się od siebie różnią.
Jak w takim razie, osobie, która zbyt uważnie nie śledzi zmian w modzie, udało się stworzyć jedne z najlepszych fotografii modowych w historii?
Zanim zrobiłem zdjęcia jakiejkolwiek nowej kolekcji, musiałem najpierw obejrzeć co najmniej ze trzy pokazy, po to, żeby zrozumieć samą kolekcję, na czym polega jej nowość, wyczuć jej ducha. To było dla mnie podstawą decyzji, gdzie zrobimy ewentualny plener, w jaki sposób będziemy ją fotografować. W latach 50. często jeździłem na pokazy do Paryża, które przypominały trochę święte rytuały – żadnej choreografii, żadnej muzyki, nikt nie mógł robić zdjęć, a nawet szkiców. Wtedy w sesjach nie uczestniczyli jeszcze ani styliści, ani wizażyści. Dlatego o tym, jaką modelka ma mieć fryzurę, jak upiętą sukienkę i jaki makijaż musiałem decydować sam.
Co się według pana w modzie najbardziej zmieniło?
Dzisiaj cykle mody są coraz krótsze. O ile dawniej tematem fotografii był krój, czy to szew, czy też układ fałd, o tyle dzisiaj coraz częściej na pierwszy plan wysuwa się inscenizacja, a jej przedmiotem są okaleczenia i chaos. Dawniej bywało tak, że to zdjęcia były na usługach mody, dzisiaj często jest odwrotnie. Z drugiej strony, dzisiaj niemal wszystko potrafi być modą. Już dawno tworzenie nowych trendów przeniosło się z wybiegów haute couture na ulice. Poza tym, każdy okres ma swoje ulubione pozy. W latach 50. był to taki charakterystyczny wykrok jedną nogą do przodu. Każdy czas ulega także pewnym wpływom ze strony kultury i sztuk pięknych. W ten sposób działał op-art w późnych latach 50. i 60. Artyści bardzo chętnie wykorzystywali ten silny kontrast białego i czarnego. Niedługo później pojawił się pop-art. Sam też im ulegałem, pozostając między innymi pod wpływem Roya Lichtensteina i Andiego Warhola.
Zmieniały się też same modelki. W latach 50. czy 60. modelki i zdjęcia były o wiele bardziej statyczne, dlatego że w fotografii mody liczyły się przede wszystkim stroje. W tamtych czasach kobiety naprawdę patrzyły, co modelki mają na sobie i starały się to naśladować – uszyć to samodzielnie. Może ciężko w to dziś uwierzyć, ale około roku 1960 maszyna do szycia była jednym z najbardziej pożądanych prezentów pod choinkę!
Robiąc zdjęcia dla Film und Frau czy Brigitte zjeździł pan Amerykę, Afrykę, część krajów arabskich.
Ponad 20 lat spędziłem w podróży. W tamtych czasach nie funkcjonowało coś takiego jak turystyka, dlatego każdy wyjazd był wyjątkowy. Pamiętam jedną produkcję dla Brigitte. Byliśmy na Jamajce i mieliśmy zrobić okładki magazynu jedynie przy użyciu światła naturalnego. Codziennie, przez 8 dni sesji lało. Redaktor gazety kazał nam każdego dnia zmieniać miejsce pobytu, ale wiedzieliśmy, że skoro pada na Jamajce, to będzie padało też na Kubie. Zresztą na Kubę nie mieliśmy wtedy wstępu. W związku z tym zostaliśmy i w końcu udało nam się zrobić zdjęcia. Mieszkaliśmy w fenomenalnym hoteliku. Był bardzo mały i bardzo znany, m.in. dzięki wizycie Churchilla. Mieli tylko 12 pokoi. Na początku korzystaliśmy jedynie z dwóch, na koniec aż z ośmiu. Była tam świetna restauracja, ale w weekendy ją zamykano. Właściciel dawał mi wtedy klucz i kazał sobie radzić.
Jeździł pan po całym świecie, ale to pana pierwszy pobyt w Polsce, zgadza się?
Tak, Kraków bardzo mi się spodobał. Zauważyłem, że macie mnóstwo pism dla kobiet. Kto jest w stanie to wszystko przeczytać? Chciałbym jeszcze kiedyś odwiedzić Warszawę, chociaż wydaje mi się, że Kraków, przez to, że nie był tak zniszczony i jest tak silnie nasiąknięty kulturą, jest też bardziej autentyczny. Z przyjemnością wędrowałem po mieście, obserwując, jak wiele jest tu małych galerii i młodych talentów.
Jest pan właścicielem jednej z największych kolekcji fotograficznych w Niemczech, a jednocześnie porównuje pan kolekcjonowanie do wariactwa, określa je psychopatologią.
Z jednej strony, jak powiedziała Susan Sontag „Kto zbiera fotografie, ten zbiera cały świat”. Kolekcjonowanie jest sposobem na poznanie samego siebie, daje możliwość uczestniczenia w pasjach innych ludzi. Z drugiej strony kolekcjoner jest obsesjonatem, można go porównać do osoby chorej ze względu na jego „kolekcjoholizm”. Czasem staje się nawet pewnego rodzaju przestępcą czy więźniem nałogu, jakim jest zbieranie. Obszarem jego działania są galerie, domy aukcyjne i atelier artystów. Prawdziwy kolekcjoner przypomina trochę osobę w stanie zakochania, którą interesuje jedynie przedmiot adoracji.
Czym jest dla pana fotografia mody?
To element naszej pamięci kulturowej. Według mnie takie zdjęcia więcej mówią o naszych czasach niż tak zwana fotografia dokumentalna. W przeciwieństwie do dokumentu, fotografia mody nie ukrywa, że jej obrazy są inscenizowane. Poza tym jest bardzo silnie związana z kontekstem, w jakim powstała. Zawsze pozostaje świadkiem swoich czasów.
1 comment
Kocham modę i fotografę.Piękny wywiad.
Comments are closed.